Ewentualne istnienie życia we Wszechświecie nie eliminuje w żaden sposób Boga, bo Bóg jest Stwórcą Wszechświata. Przyznam się, że nigdy nie pasjonował mnie problem życia pozaziemskiego, bo nawet jeśli ono by było, to tylko na tej Ziemi stanął Bóg i zbawił człowieka. Wydaje mi się, że nasz świat, nasze życie, nasze przeznaczenie jest tak fascynującą tajemnicą, że szkoda czasu na bezproduktywne rozmyślanie o hipotezach innych światów, innego życia – mówi w rozmowie z PCh24.pl Ks. prof. Paweł Bortkiewicz.

 

Kiedy w 1961 roku Jurij Gagarin odbył w statku kosmicznym Wostok pierwszy w historii ludzkości lot po orbicie satelitarnej Ziemi dla wielu osób dużo ważniejszym aspektem tej misji niż tzw. wyścig zbrojeń było to, czy „będąc w niebie” rosyjski kosmonauta „zobaczy Boga”. Również tej kwestii dotyczyły pierwsze słowa Gagarina po powrocie wylądowaniu na Ziemi. Dlaczego to właśnie „dowód na nieistnienie Boga” był najważniejszym elementem tej misji?
Dla marksizmu problem istnienia Boga był i jest kluczowy. Marksizm w pewnym sensie dokonał radykalnego zdetronizowania Boga wraz z wszystkimi tego konsekwencjami. To znaczy, stwierdzając, że nie ma Boga, marksiści twierdzili, że nie ma tym samym Stwórcy, ani Zbawcy. Nie ma też stworzonej przez Boga racjonalnej natury ludzkiej i nie ma prawdy obiektywnej. W zamian proponowali wizję „stworzenia” przez stosunki społeczno-ekonomiczne oraz wizję typu „człowiek zbawia sam siebie”. Dawali projekt prawdy niepoznawanej, ale tworzonej mocą rewolucji.

 

To wszystko było faktycznym „opium dla ludu”, bo to marksizm stanowił substancję oszałamiającą.

 

Cały ten złowieszczy projekt miał sens, jeśli „Boga nie ma”. Tego nie dało się dowieść racjonalnie, logicznie. Więc można próbowano dowieść tego przez „świadka” – w tym przypadku Gagarina. Oczywiście, taka argumentacja była i pozostaje wręcz żenująca.  Podobnie jak inne metody „naukowe” sowieckiego marksizmu.


Jak do tej sytuacji odniósł się Kościół Katolicki? Czy udało się odpowiedzieć na tę komunistyczną, antykatolicką propagandę?

Trudno mi to ocenić całościowo. Kościół chyba jednak nie doceniał siły niszczącej marksizmu. Zauważmy, że w latach pięćdziesiątych wybitni teologowie Zachodu, potrafili „czerpać” z marksizmu inspiracje w teologii rzeczywistości ziemskich. Wkrótce potem pojawił się nurt teologii wyzwolenia łączący marksizm z orędziem chrześcijańskiego wyzwolenia. Oczywiście te projekty zadziwiają swoją naiwnością, ale one były faktami.

 

Wydaje mi się, że generalnie Kościół nie dostrzegał w pełni powagi zagrożenia i parcia konfrontacyjnego. Oczywiście wyjątkiem był Kościół w Polsce, doskonały „ekspert” w zakresie marksizmu. 


Dzisiaj wielu naukowców twierdzi, że odnalezienie życia we Wszechświecie będzie ostatecznym dowodem na to, że Bóg nie istnieje. Skąd tego typu teorie i po co są głoszone? Czego mają dowieść? Jaki jest ich sens?

Pamiętam lekturę sprzed lat książki Francisa Cricka pt. „Istota i pochodzenie życia”. Autor to noblista, współodkrywca podwójnej helisy, autorytet biologiczny i zarazem zadeklarowany ateista, co wyraża na początku tej baśni. Mówię świadomie „baśni” – to nie jest przejęzyczenie. Książka, po deklaracji autora, że jest ateistą, próbuje dociekać pochodzenia życia. Crick przedstawia ciągi zdarzeń z zakresu biogenezy, paleologii, paleontologii i… dochodzi do jakiegoś progu empirii. I wtedy z powagą baśniopisarza stawia tezę, iż zarodki życia przybyły na ziemię w kapsułach kosmicznych. Ot taki desant, nazwany w sposób „uczony” teorią panspermii.

 

Co ciekawe, poważni komentatorzy nie wiedzieli, czy to jest żart, autoironia, czy wpływ jakichś środków? To ostatnie to nie złośliwość, wszak Crick przyznawał, że w badaniach nad DNA pomagały mu niewielkie dawki LSD.

 

Zatem dla wyznawców panspermii wiara w „puste niebo” jest chyba kluczowa. „Zamiast Boga odnajdźmy we wszechświecie życie, a wtedy pozostanie jeszcze tylko znalezienie tych kapsuł…”, głosili. Jednak wtedy trzeba by było znaleźć jakąś firmę kurierską, która te zarodki życia zapakowała. Kosmiczne DHL?… Ale tu chyba naprawdę potrzebne jest LSD…


Załóżmy na chwilę, że istnieje życie we Wszechświecie? Co by to oznaczało z katolickiego punktu widzenia?

Istnienie życia we Wszechświecie nie eliminuje w żaden sposób Boga, bo Bóg jest Stwórcą Wszechświata. Przyznam się, że nigdy nie pasjonował mnie problem życia pozaziemskiego, bo nawet jeśli ono by było, to tylko na tej Ziemi stanął Bóg i zbawił człowieka. Wydaje mi się, że nasz świat, nasze życie, nasze przeznaczenie jest tak fascynującą tajemnicą, że szkoda czasu na bezproduktywne rozmyślanie o hipotezach innych światów, innego życia…


Ostatnie 15 lat to jednak istny potop „kosmicznej propagandy”. Dla wielu życie w kosmosie nie jest już tylko hipotezą, tylko faktem, który jeśli nie dzisiaj to jutro, za tydzień za dziesięć lat uda się udowodnić. Powstało na ten temat mnóstwo książek, publikacji produkcji telewizyjnych. Czy można uznać, że to zorganizowana akcja? Jakie mogą być jej skutki?

Sadzę, że jedynym celem takich działań może być walka z Bogiem i wiarą. To swoisty efekt postmodernizmu. Człowiek w naszym świecie spalił klasztor i bibliotekę, jak w „Imieniu Róży”, to znaczy zniszczył wiarę i rozum. Zaufał niepewności, doraźności, chwili, emocjom.

 

Ale to nie wystarcza! Potrzebne są jakieś pewniki, jakieś transcendentalia, jakiś wymiar nadprzyrodzony… Ale skoro odrzucony, wygnany został Bóg chrześcijan, to szuka się substytutów – wiary w zjawiska rodem z „Archiwum X”, wiary z światy równoległe, życie na innych planetach, zjawisk paranormalne. To zdecydowanie paranormalny stan rzeczy.

 

Efekt tych działań może być jednak tragiczny. Człowiek, który „żyje jakby Bóg nie istniał” otrzymuje substytut wiary, otrzymuje zatem iluzję. To bardzo niebezpieczne zjawisko, i z psychologicznego punktu widzenia, i egzystencjalnego.


W historii mieliśmy już do czynienia z „kultem rozumu”, m.in. w czasie rewolucji francuskiej. Pamiętamy jak to się skończyło. Dzisiaj co prawda nikt nie morduje za odrzucanie czy też negowanie „kosmicznej propagandy”, ale katolicy broniący swej wiary są wyśmiewani i poniżani.  Jak temu przeciwdziałać?

Problem w tym, że to Kościół współczesny, zwłaszcza ten doby św. Jana Pawła II i Benedykta XVI głosi współczesnemu światu hasło rodem z Oświecenia: „Sapere aude”!  - „Miej odwagę być mądrym!”, „Miej odwagę myśleć!”. Oczywiście, trzeba tu wyraźnie odróżnić oświeceniowy „kult rozumu” od katolickiej pochwały mądrości, która uwzględnia na przykład istnienie tajemnicy, zostawienie pewnej przestrzeni interpretacyjnej dla Transcendencji, po prostu – dla Boga.

 

Błędem nas–wierzących jest to, że dajemy sobie niekiedy wmówić mit o tym, że wiara nasza jest czymś irracjonalnym, czymś gorszym, mniej wartościowym od poznania naukowego. Przeciwko takiej stereotypizacji musimy protestować.


Dlaczego ateizm jest tak popularny wśród wielu naukowców?

Proszę wybaczyć, ale nie stawiałbym tak mocno tej tezy. Sądzę, że jest wielu przyrodników, którzy głęboko wierzą i inspirują się wiarą. Pozwolę sobie krótko wspomnieć o inicjatywie krakowskiego fizyka, śp. prof. Janika, który zainspirował najpierw spotkania fizyków z młodym Karolem Wojtyła, a potem animował spotkania przedstawicieli nauk ścisłych z krakowskim arcybiskupem. Z tych spotkań narodziły się dialogi nauki i wiary w Castel Gandolfo. Ale oczywiście, możemy zauważyć też znaczną liczbę przedstawicieli nauk ścisłych, którzy deklarują swój ateizm.

 

Myślę, że to w pewnym sensie może być konsekwencją błędu metodologicznego i redukcjonizmu poznawczego. Przyrodnik, jeśli definiuje poznanie i doświadczenie wyłącznie do sfery empirycznej i scjentystycznej, popełnia błąd metodologiczny. A dodałbym też, że grzeszy pychą. Jedno i drugie, trochę go dyskwalifikuje jako naukowca.

 

Czy nie jest tak, że dla wielu przedstawicieli świata nauki ateizm stał się swego rodzaju „misją”, tzn. celem ich działania nie jest dążenie do prawdy, tylko laicyzacja świata?
Kolejna mocna teza…

 

Z jednej strony można zauważyć, że tak zapewne jest. Widać to choćby u niektórych przedstawicieli nauk biologicznych. Zwłaszcza u znanego badacza pszczół Edwarda Wilsona, który wymyślił całą socjobiologię jakby po to tylko, by stawiać tezy, że „skoro geny trzymają nasz umysł na smyczy”, to nie ma w życiu ludzkim miejsca  na wolność, moralność, wiarę, Boga… Socjobiolodzy, jak Wilson czy Dawkins wypowiadają się z taką pasją o nieistniejącym Bogu, że aż trudno przebić się poza poziom tych żarliwych emocji.

 

Ale są też, dzięki Bogu, pasjonaci, którzy demitologizują obu „uczonych”. Z drugiej strony jednak trzeba znowu zobaczyć wielu innych uczonych, którzy swoją misją uczynili wysiłek poznania prawdy. I o nich trzeba pamiętać z szacunkiem.


Często fałszywie zarzuca się Kościołowi, że jest symbolem „ciemnogrodu”, ponieważ rzekomo „odrzuca prawie wszystkie odkrycia i dokonania naukowe”. Obaj wiemy, że tak nie jest, a mimo to tego typu propaganda jest bardzo skuteczna. Dlaczego?

Zarzuca się Kościołowi wiele czynów niepopełnionych. Kościół nie tylko nie odrzuca odkryć i dokonań naukowych, ale niejednokrotnie je inspirował, był mecenasem i wreszcie z tych odkryć korzysta. Ale Kościół spogląda na te dokonania w tej podwójnej i spójnej, można powiedzieć holistycznej perspektywie – Boga i człowieka. Jeśli jakieś „odkrycie” próbuje konfrontować swoje wyniki z Bogiem, ogłaszając Jego „śmierć”, to nie trzeba się domyślać, że Kościół musi podejść krytycznie do tych badań. Albo, jeśli te odkrycia są w jakimś stopniu redukcją człowieka do materiału biologicznego, Kościół nie może milczeć…

 

A sam zarzut, iż Kościół jest symbolem „ciemnogrodu” jest po prostu tak żenujący, że trzeba trochę gimnastyki, by zniżyć się do pełzającego poziomu krytyków posługujących się tym argumentem. A jestem dzisiaj trochę rozleniwiony…


Czy nie boi się Ksiądz, że wielu tzw. letnich chrześcijan uwierzy w „kosmiczną narrację”, tak jak wielu z nich uwierzyło w teorie i „naukowe dowody” śp. S. Hawkinga na „nieistnienie Boga”?

Niestety, takie obawy są zasadne. Ale one powinny kierować naszą uwagę nie tylko w stronę tropienia bzdur pseudonauki, ale także w stronę budowania takiego chrześcijaństwa, takiego katolicyzmu, które szuka prawdy na skrzydłach wiary i rozumu. Zapewne za mało jest w tej sferze popularnych wypowiedzi, debat, dyskusji, za mało my, katolicy czytamy, za bardzo natomiast infantylizujemy naszą wiarę.


Jakich argumentów powinniśmy używać w rozmowie z takimi ludźmi? Jak bronić naszej wiary przed fałszywie pojmowanymi „nauką” i „rozumem”?

Może właśnie najpierw i przede wszystkim przez to, by pokazywać, że nauka jako zdolność poznania i obiektywizowania prawdy, a także rozum – to są dary Boga. One nie są i nie mogą być traktowane jako opozycyjne względem Stwórcy. To, co budzi nasz sprzeciw, to zideologizowana pseudo-nauka i rozumem ograniczony do wąskiego wymiaru poznawczego. Taki przykurcz myślenia.